czwartek, 13 listopada 2014

Na innej planecie...

Od kilku dni, jak bumerang, powrócił temat umierania. Nataniela nurtują takie pytania, że serio, nie wiem co mu odpowiadać. Jego mózg nie pojął tego, że jak umieramy, to zasypiamy i już nas nie ma. Seria pytań z jakimi przyszło mi się zmierzyć, to np.:

-Mamo, ale mi będzie niewygodnie w grobku.
-Mamusiu, a co będzie, jak będę chciał się pobawić?
-Mamusiu, ale ja nie chcę być tam sam. Mamusiu, czy możemy być tam razem? 
-Mamusiu, ale nie zostawisz mnie? Nigdy?
-Mamusiu, ale jak ktoś umrze, to kiedy znów ożyje? Nie ożyje? Ale dlaczego?
-Mamusiu, a ile ty masz lat? A ile tata? A ile ja? To ja się boję, że wy umrzecie, a ja zostanę sam...
-Mamusiu, a kto mnie złapie, jak upadnę i umrę i wpadnę do dołu? (nie wiem skąd on to wziął) A będziesz na mnie czekała na ławeczce?
-Mamusiu, a czy ty mnie nie zgubisz?
-Mamusiu, a jak ktoś umrze, to jak z nim można porozmawiać? Można napisać list? A jak go przeczyta (ten kto umarł)?
-Mamusiu, a czemu się umiera? A czemu na cmentarzu są małe dzieci? A jak ktoś jest chory to  może przecież brać leki. Jak ja mam kaszel, to piję syrop.
-Umieranie jest głupie!
-A gdzie się jest jak się umrze?

W końcu Marcin powiedział, że jak się umrze, to się leci na inną planetę. I od nowa:

-A jak tam się leci?
-A czy kapsułka jest podpisana?
-A kto ją podpisuje? A jak się pomyli i napisze inne nazwisko?
-A jak się otwiera ta kapsułka? A ja chcę żebyście mnie otworzyli.
-A jak kapsułka trafi na inną planetę? A jak się zgubi?
-A po co się zapala znicze na cmentarzu? A jak ktoś o mnie zapomni?
-A ten kto umarł leci do tego co go urodził, prawda?
-A będzie na drugiej planecie Tesco?
-Prawda, że umieranie jest straszne?
-Wezmę ze sobą swoją kołderkę i poduszeczkę. Można wziąć? A tam będą?

Pytań jest z milion chyba. Zadawane co chwilę. Seriami lub pojedynczo. Każde z przerażeniem w oczach. Wczoraj Nat pytał, a ja ze złami w oczach odpowiadałam. To znaczy starałam się odpowiadać. Tyle się mówi, że trudna rozmowa z dzieckiem dotyczy tego, skąd się biorą dzieci. Guzik prawda. Ten temat przerobiliśmy już dawno. Poszło dość gładko. Nikt mnie nie uprzedził, jak trudną jest rozmowa z dzieckiem o śmierci. Nie byłam na nią dobrze przygotowana. Tym bardziej, że pytania zadawane są raz mi, raz Marcinowi. Niestety nasze odpowiedzi nie zawsze się zgadzały, co dziecko od razu wyłapało... Dobra rada dla tych, przed którymi takie rozmowy: ustalcie w rodzinie jedną wersję. 

-A jak się umrze, to się jeszcze będzie dzidziusiem?  A tata mówił, że tak! (szlag!)

Coś mi się wydaje, że jutro pytań ciąg dalszy. Niektóre naprawdę ciężko zrozumieć, a tym bardziej na nie sensownie odpowiedzieć. Emocjonalnie, to są ciężkie dni ostatnio...

No bo jak ukochanemu dziecku można powiedzieć, że ono umrze. A zanim umrze, to umrą najprawdopodobniej jego rodzice? Już raz o tym pisałam...Wiedziałam, że temat się nie skończył :(

I odkąd pojawił się temat śmierci, jakoś zwiększyła się ilość wyznań:

-Kocham Cię Mamusiu!



...też Cię kocham Synku, też...



w nawiązaniu do posta

środa, 12 listopada 2014

6 miesięcy

6 miesięcy temu po raz drugi usłyszałam pierwszy płacz mojego dziecka. Mojego drugiego dziecka. Po raz drugi dane mi było przytulić maleńkie ciałko, pocałować główkę. Od 6 miesięcy jesteśmy kompletni.

Znalazłam karteczki, na których zapisałam co umie Nataniel w wieku 6 miesięcy. Natchnęło mnie to do pewnego porównania. Niby dzieci się nie powinno porównywać, ale chyba nie da się od tego tak zupełnie uciec. Będzie pamiątka :)

Półroczny Nataniel

-waży ok 9200 g, mierzy ok 72 cm
-brak zębów
-chodzi spać ok. godz. 21
-śpi z nami w łóżku
-w wannie odczepia pokrętło od korka
-gdy zobaczy cycoszka próbuje się do niego dostać
-kiedy podczas jedzenia odczepi się od cycoszka i odwróci by czymś się pobawić, po chwili "wraca" z otwartą buzią, a więc pamięta, gdzie był cycuś
-łapie małe przedmioty pomiędzy kciuk a palec wskazujący
-wsadza wszystko do buzi
-uderza zabawką o podłogę lub stół
-lubi się huśtać na huśtawce
-umie się mocno przytulać
-płacze, gdy zostaje sam w pomieszczeniu
-gdy podchodzi pies, mróży oczy bo wie, że może zostać polizany
-czasem daje buziaka, gdy się go o to poprosi
-coraz ładniej je łyżeczką
-głośno się śmieje, wypowiada pierwsze sylaby, głośno wzdycha
-kiedy się obuzi macha rączkami sprawdzająć co jest obok, kiedy jest sam "odzywa się" głośno, żeby ktoś do niego przyszedł
-reaguje uśmiechem na osoby
-sam siedzi
-złapany za rączki wstaje sztywno na nogi
-staje sam przy łóżeczku
-trzymany za rączki chce chodzić
-kiedy chce do kogoś lub czegoś wyciąga rączki
-sięga po coś, co go interesuje
-krzyczy, gdy mu się coś zabierze
-próbuje dosięgnąć przedmioty nieco oddalone
-obraca się z brzucha na plecy, pełza i obraca wokół własnej osi
-je chrupka kukurydzianego
-przygląda się innym ludziom i dzieciom
-chce się dotknąć w lustrze, śmieje się gdy zobaczy własne odbicie

Półroczny Leon

-waży ok 7400 g, mierzy ok 68 cm
-dwa zęby
-zaczął chodzić spać ok. godz. 21, choć wcześniej spał między godz. 19-20.
-znaczną część nocy śpi w swoim łóżeczku, zostaje u nas gdy obudzi się nad ranem i uda mu się jeszcze trochę usnąć. Boję się, żeby go nie rozbudzić. Każda minuta snu jest na wagę złota.
-w wannie wiesza się na wężu od słuchawki prysznicowej i próbuje się podciągać
-gdy jest głodny to wtula we mnie głowę i odwraca jak do jedzenia
-też umie trafić do cycoszka, kiedy się na chwilę od niego odczepi
-łapie zabawki i przekłada je z ręki do ręki
-także wsadza wszystko do buzi
-uderza zabawką o zabawkę, albo o podłoże
-huśtawka nie robi na nim jeszcze większego wrażenia, uwielbi za to wygłupy z Natanielem
-wtula się mocno i szczypie przy tym :)
-lubi dotykać psa
-ściąga kółko nałożone na nos maskotki, ale raczej nie robi jeszcze nic wyraźnie o coś poproszony
-nie reaguje płaczem na chwilowe pozostawienie w pomieszczeniu, chyba, że już się znudzi i skończy mu się cierpliwość, to zaczyna marudzić
-ładnie otwiera buzię na widok łyżeczki
-głośno się śmieje i rozmawia po swojemu, słychać połączone pierwsze sylaby
-budzi się z uśmiechem na twarzy i łapie mnie za nos, jeśli obudzi się sam w pokoju wzdycha lub wydaje krótkie dźwięki przywołujące rodzica. Jeśli budzi się w innym domu to płacze.
-uśmiecha się do innych osób
-coraz ładniej siedzi prosto, ale wymaga asekuracji, bo może się wychylić za mocno i przewrócić
-próbuje podnosić pupę do góry, kiedy jest na brzuszku
-zaczyna wyciągać rączki do kogoś
-próbuje sięgać rzeczy, które go interesują. jeśli są za zaleko denerwuje się
-jeszcze daje sobie odebrać różne rzeczy, choć są chwile, gdy pokazuje nerwuchy
-obraca się z brzucha na plecy, troszkę pełza i obraca się wokół własnej osi
-je chrupka kukurydzianego, ale zazwyczaj porzuca go w połowie
żywo reaguje na lalki, krzyczy do nich, dotyka
-lubi przeglądać się w lustrze, chce się dotykać

Moje dzieci w tym samym wieku są zupełnie różne. Nataniel był dużo większy, silniejszy i sprawniejszy fizycznie. Za to był bardziej nerwowy i wymagający. Spał z nami w łóżku i do zasypiania niezbędny był mu cyc. Leon jest mniejszy i w porównaniu do Nata mniej sprawny fizycznie, za to dużo spokojniejszy i łatwiejszy "w obsłudze". Korzysta ze swojego łóżeczka, to dla mnie nowość :) Nat jeździł już w spacerówce, Leon jeszcze mieści się z gondoli. I dobrze, bo idzie zima, więc fajnie, jakby jeszcze trochę w niej poleżał. Leona można zostawić pod opieką taty/babci, z Natanielem było ciężko. Nat nie miał zębów, Leo ma dwa. Moje dzieci... Są tak różni, a tak samo  mocno ich kocham. Od pół roku Nataniel jest starszym bratem, a Leon ma opiekuna, który tak bardzo go rozśmiesza. Widać, że go lubi, że jest w niego wpatrzony. Dzieci chyba jakoś podświadomie się rozumieją. Nie ma dnia, by Nataniel nie próbował zacałować Leona, a Leon nie próbował wyrwać Natanielowi włosów. Obaj chcą być blisko siebie. A ja chcę być blisko nich...

niedziela, 9 listopada 2014

Ale plama...

Ja nie wiem... nie wiem, czy to tylko ja tak  mam, czy innym się też to zdarza. Wstawiam pranie. Mniej więcej wiem, jaki jest stan zabrudzenia ubrań. Sypię proszek, nawet odplamiacz wsypuję. Wszystko się pięknie pierze, potem suszy. Przystępuję do zdejmowania prania z suszarki lub już do prasowania (najgorzej, jak jestem już w połowie prasowania danej rzeczy). Nagle patrzę...plama! Plama jak jasna cholera! No nie było jej wcześniej. Mogłabym przysiąc! No dobra, może i była, ale jakaś niewidoczna. Wrzucam więc do prania daną rzecz raz jeszcze. Nadzieja we mnie wielka, że po drugim praniu rzecz wyjdzie czystsza niż jak ją ze sklepu przyniosłam. Ale historia się powtarza. Plama, jak się pojawiła, tak zniknąć nie chce. 80% plam nie mam pojęcia po czym jest. 

Biorę więc w sklepach różne cud-specyfiki. Mydełka, odplamiacze w proszku, w płynie... Na opakowaniach zapewnienia, że nawet smary usuwa. Potrzeć, namoczyć, wyprać i plama znika bez śladu. No u mnie nie znikają...nie wiem co robię nie tak... Wyrzuciłam pełno bodziaków po Natanielu, bo nie chciały schodzić plamy po kaszkach. Najgorsza była malinowa. Już nie mówię o marchewkach. Nie wiem czym teraz starszy syn mój plami bluzki... już nie marchewką przecież... na bluzkach młodszego też dziwne ślady znajduję. Załamać się można.

Ostatnio zafarbowała mi bluzka Leona. Z Zary bluzka dodam, bo jakoś tej z Pepco farba chwycić nie chciała :/ Miałam w zanadrzu specyfik, który podobno miał zafarbowanie usunąć. Wlałam całe opakowanie na jedną małą bluzeczkę. I nic! Jak żółta plama była tak jest :(

Mało ubrań udało mi się uratować, przyznaję. Nie umiem odplamiać :(

środa, 5 listopada 2014

Ktoś mi dziecko przestawił. Młodsze. Wraz ze zmianą czasu, Leon też postanowił się zmienić. Niestety nie w tę stronę, w którą bym chciała. Zamiast wcześniej, chodzi spać później. Dużo później. Nie idzie to jednak w parze z późniejszym wstawaniem. Drzemki w dzień znów jakieś dziwne. Pal licho póki nie jęczy. Jęczenie jest  najgorsze. A ostatnio jęczeć lubił, bo drugi ząbek postanowił wyjrzeć na światło dzienne. Wybaczam mu. Leonowi, bo ząbek to tak szczerze mówiąc mógłby sobie jeszcze schowany ze dwa miesiące siedzieć. Teraz dziecko moje stało się niebezpieczne. Ukosić może porządnie. Żarty się skończyły :) Ślady zębów posiada już nawet łyżeczka, którą pakuję do paszczy cud przetwory. Chwała, że choć Lesiutek jeść się nauczył i nieśmiało mogę stwierdzić, że chyba nawet to lubi. Dziś próbował wyszarpać babci talerz z kolacją. W ogóle pazerny się zrobił. Wszystko by chciał złapać, zagarnąć. Wszystko go interesuje. Rzuca się na rzeczy z takim błyskiem w oku, że aż się boję, czy złodziejem nie postanowi zostać ;) Szczypie mnie, drapie, okłada, włosy mi przerzedza... a ja to wszystko znosić muszę...Kochany jest. I dzielny. Chłopina miał ostatnio szczepienie. Pomału wątpiłam, czy uda nam się je w końcu podać, bo co chwilę odraczaliśmy ze względu na przeziębienia, katary, kaszle. Drugi dzień nie ma żadnej reakcji poszczepiennej...Mam nadzieję, że mogę odetchnąć z ulgą i już nic nas nie zaskoczy. Do 17 grudnia możemy o szczepionkach nie myśleć.



A ze starszym taka rozmowa się wywiązała na cmentarzu 1 listopada
Nat: A czemu tu są takie małe groby?
Ja: Bo tu leżą małe dzieci.
Nat: Jak ja umrę to będę tu leżał razem z tobą mama, dobrze?
No ścisnęło mnie w sercu, nie powiem...


A żeby smutno nie było, to jeszcze świeżutka rozmowa z samochodu:
Nat: Nie lubię już X (kolega z przedszkola)
Ja: A co się stało?
Nat: Nic. Kiedyś byliśmy kolegami, ale teraz muszę go wyrzucić z mojej Bandy Łapania Dziewczynek!

Ha! Nie dmuchał jeszcze swojej piątej świeczki, a już ma własną bandę. Mało tego, banda zajmuje się wyłapywaniem nieletnich dziewczynek. Pięknie! Jeden będzie złodziejem a drugi mafiozem jakimś. A ja tak się staram, by to poczciwe chłopiny rosły...:)





piątek, 31 października 2014

Wróciliśmy

Jak to zazwyczaj bywa, dłużej się na coś czeka, niż to później trwa...

O wyjeździe do Warszawy myślałam dużo i długo. Długo też się do niego szykowałam. Siebie i dzieci. Dziś to już wspomnienie. Wydawało się, że tyle dni tam spędzimy, że się Warszawą nasycę, niestety, jak zawsze, chciałoby się być tam dłużej.

Pogoda pierwszego dnia nas nie rozpieszczała i nieźle nas wywiało, gdy szukałyśmy Pałacu Ślubów na Starym Mieście. Zastanawiałam się, czy w ogóle zdążymy na ceremonię. Udało się. Nawet trafiliśmy na dobry ślub, choć nikogo z gości nie znaliśmy. A ślub był brata mojego. Brata, o którym od dziecka marzyłam i którego poznałam w wieku 17 lat. Jak to mawiają, lepiej późno niż wcale. Dziś mam super brata i świetną bratową. A moje dzieci mają ekstra ciocię i wujka. Brakuje mi ich na co dzień. Szkoda, że dzieli nas tyle kilometrów... Leoś nawet stał się gwiazdą ślubnego obiadu robiąc konkurencję Młodej Parze :) Miło było, gdy wszyscy go chwalili, że taki spokojny, pogodny, że do każdego rączki wyciąga... Nat zaś znalazł kolegę i zniknął, co chwilę przynosząc "arcydzieła" wykonane pod okiem pań animatorek. Trochę ciężko uczestniczyć w takich oficjalnych uroczystościach z dwójką małych dzieci, ale daliśmy radę. Cieszę się, że nasza obecność sprawiła radość G. i A., że mogliśmy towarzyszyć im w tak ważnym dla nich wydarzeniu. Oby szczęście ich nigdy nie opuszczało.

Leon z Warszawy przywiózł do domu pierwszego zęba. Odkrycia dokonaliśmy po powrocie ze ślubu i obiadu :) 25 października będziemy pamiętać podwójnie. Nie spodziewałam się tego zęba. Nat zęby dostał w wieku 8 miesięcy. Leon ma 5,5. Nie było jęczenia, gorączek. Dziecko było spokojne, uśmiechnięte. Zuch jeden. Teraz idzie chyba drugi ząbek, bo widać zgrubienie na dziąśle. Do tego syn mój młodszy zaczął wyrywać mi jedzenie. Wyszarpywać dosłownie. Skórka od chleba sprawia, że aż cały się trzęsie. Boję się trochę mu ją dawać, bo mimo, iż bardzo chce, to nie umie jej połknąć nie dławiąc się przy tym. Jak za mocno ją rozmoczy, trzeba mu zabrać. Wyrwał mi gruszkę z ręki i przyssał się, niczym glonojad do szyby w akwarium. Wyglądał komicznie. Banan podobną euforię u niego wywołał. Pierwsze koty za płoty można powiedzieć. Dziecko się przekonało do  jedzenia. Dopiero nie chciał buzi otwierać na widok łyżeczki, teraz krzyczy na mnie, gdy za wolno go karmię. Dumna jestem, no... :) Na brzuchu też buszuje coraz bardziej. Kręci się, dupsko do góry podnosi, macha kończynami kombinując, jakby tu dotrzeć do celu. Dziś chyba za wszelką cenę, chciał spaść z łóżka...

Nataniel w Warszawie też się cały trząsł...Ale z wrażenia, że idzie do Smyka ;) W samym Smyku myślałam, że wyjdzie sam z siebie. Chciał każdą zabawkę, którą tylko zobaczył. Zdecydować się nie mógł. A jak w końcu dokonał wyboru, nie pozwolił dziadkowi zanieść siatki do dziadka samochodu, tylko kazał do naszego. I to koniecznie na podłogę pod jego fotelikiem...Tak żeby nikt mu nie ukradł :) Sklep zabawkowy to był główny cel jego podróży.

Pamiętam to uczucie, kiedy sama byłam mała, i wchodziłam do wielkich sklepów zabawkowych w Warszawie. Pamiętam lalki, wózki dla lalek, o których tak marzyłam, misie. Dla dziecka to cały świat, cała radość.

Dziś już nie kupno zabawek, a dziecięce ubranka sprawiają mi największą zakupową radość. No obkupiłam te  moje dzieci, obkupiłam...Trzeba było korzystać z okazji. Ikeę też tradycyjnie odwiedziłam, i oczywiście wyjść z podziwu nie mogłam, jak oni tam aranżują tak małe powierzchnie, że wszystko się mieści :)

Oprócz celów zakupowych, wizyta w Warszawie miała cele rodzinne, czyli spotkania ze wspomnianym już wujciem i ciocią, spotkanie z dziadkami(moimi) i zacieśnianie więzi moich dzieci z dziadkiem (ich), ale o tym w kolejnych postach...

P.S. Super jest, gdy jadąc od kilku godzin w samochodzie, właściwie już pod koniec podroży, zadzwoni tapicer, że kanapa jest do odebrania, najlepiej natychmiast, bo on miejsca nie ma...

poniedziałek, 20 października 2014

Coraz bliżej...

Zbliżamy się wielkimi krokami do wyjazdu do Warszawy. Kiedy nie ma się dzieci, łatwo jest sobie taki wyjazd zaplanować, zorganizować. Z dziećmi już nic nie jest takie proste. Najgorsze jest chyba zaplanowanie tego, co należy zabrać. No i zmieszczenie tego w torbach, a później upchnięcie w samochodzie.

Nataniel jest już na tyle duży, że jakoś się w samochodzie zajmie. A to  bajkę obejrzy, a to za okno popatrzy, to pogada trochę. A Leo? Leo będzie wymagał stałej uwagi, zabawiania. I już mi słabo, jak o tym myślę. Będę chyba modły jakieś wznosić ku niebiosom, by dziecko moje ukochane w samochodzie jak najdłużej spało. Pamiętam, jak Nataniel urządził nam koncert podczas swojej pierwszej wyprawy do stolicy. Darł się przez równą godzinę. W końcu znaleźliśmy miejsce, by się zatrzymać, bo innego wyjścia nie było. Kiedy tylko Marcin zjechał z drogi Nat uciął sobie drzemkę... Wróciliśmy na trasę :) Marzy mi się spokojna droga, gapienie się przez okno i rozmyślanie o niebieskich migdałach. Może się uda? Kiedy jechaliśmy w wakacje nad morze, Leoś postanowił spać całą drogę. Być może i tym razem okaże się dla nas łaskawy... Druga spawa, która spędza mi sen z powiek przed wyjazdem to zdrowie. Zdrowie dzieci. Już raz Nat dostał gorączkę wieczorem przed samym wyjazdem. Przeraża mnie to, że "coś" może się przypałętać nawet w ostatniej chwili. Więc obserwuję te moje bąble małe. Nataniel wstał dziś znów z czerwonym okiem. Ostatnio miał epizod z jęczmieniem. Chyba sytuacja się powtarza. Trzeba będzie odwiedzić aptekę, bo podobno maści bez recepty są dostępne. Smarować go mogę, oby tylko nic nie bolało... Jak się ma dzieci, to się wszystkie życzenia "zdrowia" zaczyna naprawdę doceniać...

Dla mnie wyjazd do Warszawy, oprócz wiadomego celu spotkania się z bliskimi, to okazja do pobuszowania w sklepach. Oglądam więc strony internetowe różnych sieci i szału dostaję. Kolekcje dziecięce podobają mi się do tego stopnia, że nie umiem wybrać, co tak naprawdę najbardziej chcę. Już widzę, jak się opamiętać nie będę mogła :D Swoją drogą zakupy ubranek dziecięcych wprawiają mnie w doskonały nastrój. Cieszę się, gdy niosę do domu coś dla moich chłopców. Zupełnie odwrotnie sprawa się ma w chwili, gdy kupić mam coś dla siebie. Po ostatnich zakupach, na których szukałam dla siebie butów i bluzki, wróciłam wypompowana. Zmęczyłam się i psychicznie i fizycznie. Pewnie dlatego, że większość ubrań szyte jest na szprychy. A mi ze szprychy to już nic nie zostało. No wspomnienie może... I tak sobie obiecuję, że może w końcu przestanę jeść te przeklęte słodycze... Tylko jak, jak czekolada wedlowska Karmelowa jest taka pyszna? I gapi się na mnie z tego papierka no... Gapi i mówi do tego, że co tam taki kawałeczek, że od następnego dnia można rzucić słodycze...Kilka lat już tak do mnie przemawiają te parszywe czekoladki...

Wynieśli nam z domu kanapę i fotel. Nie, nie złodzieje. Tapicer. Kanapa nasza była w opłakanym stanie. Nie wiem co mnie podkusiło kiedyś, by kupić kanapę z poduszkami jako oparcie. Niewiedza chyba. Brak doświadczenia. Z poduszek zrobiły się flaki, do tego puszczały im szwy. Nawet reklamację na to składaliśmy i nam miły pan o godzinie 21 zakładał nową tapicerkę. Ale ileż można? Marcin wpadł na pomysł, że za pieniądze z becikowego, zrobimy porządek z łóżkiem... No fajnie.. Ale wiecie ile ja bym ciuchów i zabawek mogła kupić za becikowe? ;) No ale jak mus to mus. Teraz w dużym pokoju mamy echo, a gości przyjmowaliśmy przy kuchennym stole, bo tyłka nie ma gdzie posadzić. Jednak cieszy mnie powolna zmiana wizerunku dużego pokoju. Marcin przemalował go na biało. Teraz odnowiona kanapa przyjedzie. Marzy mi się duża szafa na wymiar i zmiana mebli na białe. Do tego dywan i ubranie okna. Być może za dwa lata pokój będzie w końcu "jakiś" ;)

P.S. Wiem, że się nie zostawia na końcu linijki pojedynczych literek typu "w", "i" itp, ale jak wyjustuję tekst i potem przeniosę takie "w" do linijki niżej, to mi się tekst rozjeżdża. Jest na to jakiś sposób?

czwartek, 16 października 2014

Przytulaczek

Ilu rodziców, tyle pomysłów na wychowanie dzieci. Pal licho, jak każdy wychowuje tylko swoje dzieci, gorzej, jak stara się mówić innym, jak mają to robić.

Nie noś, nie bujaj, nie usypiaj, zostaw żeby się wypłakało, nie śpij z dzieckiem...Któż tego nie słyszał choć raz?

Leon potrafi zasnąć sam. Jeśli nie uśnie przy ostatnim karmieniu na noc, można go ogłożyć do łóżeczka. Pokręci się, czesem postęka. Da mu się smoka, pocałuje w główkę, ułoży na boczek i oczy się zamkną. Ten typ tak ma.

Nataniel tak nie miał. Nataniel by spać potrzebował mamusi. Najpierw w formie cyca, później, po wielkich bojach, w formie przytulanki. Kiedy podrósł przyszedł czas na czytanie książeczki przed snem. Wielu rodziców czyta do snu swoim pociechom. Wielu też uważa, że po przeczytanej bajce należy wyjść z pokoju dziecka, tak, by ono samo zasnęło. Ja wychodziłam dopiero, gdy wtulony we mnie syn odpłynął w krainę snów.


Bywały momenty, gdy w trakcie rozmów z bliższymi lub dalszymi znajomymi czułam się niemal jak trędowata. Nosi, przytula, pozwala spać w swoim łóżku, kładzie się przy dziecku, by te zasnęło... No jak tak można? No przyzwyczai się przecież!

A ja uwielbiam to wtulone we mnie małe ciałko. Zapach włosów. Oddech. Do dziś Nataniel zasypia z mamą lub tatą. Odkąd jest Leon, wieczorne czytanie w większości wypadków przejął tata. Ale i mi się zdarzy wolna chwila na usypianie starszaka. I co z tego, że się przyzwyczaił? Właściwie to całe szczęście, bo to praktycznie jedyny moment, gdy do dziecka mojego można się przytulić. Tak na dłużej. Można go głaskać. Wpatrywać się w niego... W ciągu dnia jest zabiegany, ma swoje sprawy, milion pomysłów. Nie przyjdzie się przytulać. No może czasem da się przytulić tak w tempie błyskawicy. Czasem muszę go sobie sama złapać i "wyprzytulać na siłę" :) Gdy był malutki był noszony, tulony, bujany...był przyzwyczajony...i jakoś dziś tego nie potrzebuje. Jedyne co nam zostało to usypianie...a niedługo i tego zabraknie. Aż ciężko mi sobie wyobrazić, jak to będzie, gdy już synka swojego nie będę mogła przytulać. Leżeć z nim i odpowiadać na tysiąc pytań, które akurat przyjdą mu do głowy.


I gdzieś mam te wszystkie rady, czego to z dzieckiem nie powinno się robić.

Mam takie wrażenie, że w sumie biedne trochę są te wszystkie dzieci, których nie można nosić. Te, które nie wiedzą, jak zasypia się w ramionach rodzica. Te które nie znają wieczorów w łóżku z mamą i tatą. W końcu te, które w płaczu zostawione są same sobie.


Swego czasu mieszkałyśmy z mamą w jednopokojowym mieszkaniu. Miałam tam swoje łóżko. Półkotapczan, z którego można było rozłożyć biurko i z pomocą koca zrobić sobie domek :) Półkotapczan był chyba nieco krzywy, bo zdarzało mi się z niego spadać, więc mama podstawiała mi krzesło...albo fotel...nie pamiętam dokładnie. Pamiętam natomiast, jak uwielbiałam czas, kiedy mama pozwalała mi spać w jej łóżku. Odwracałyśmy się plecami do siebie, ale tak by się ze sobą stykać i zasypiałyśmy. I było mi wtedy tak cudownie, tak beztrosko... Myślę, że moje dzieci czują się podobnie. I jak długo będą potrzebowały naszej bliskości, tak długo ją będą dostawały... Tak samo jak ja, gdy byłam mała...